
Obsesyjnie pożądana przez dwóch szefów
- Gênero: Billionaire/CEO
- Autor: Moonquill
- Capítulos: 72
- Status: Em andamento
- Classificação etária: 18+
- 👁 135
- ⭐ 7.5
- 💬 0
Sinopse
„Czy naprawdę myślałaś, że możesz nam uciec, Skyler? Jesteśmy właścicielami tej firmy. A już niedługo będziemy właścicielami ciebie”. Skyler Morgan jest niezwykle niezależna. Walczy o każdy cal swojego sukcesu, próbując zbudować karierę i utrzymać swoje życie pod idealną kontrolą. Do czasu, gdy jej świat zostaje przejęty przez dwóch bezwzględnych miliarderów, którzy właśnie zostali jej nowymi szefami. Nagle jej życie zawodowe przestaje być jej jedynym problemem. Zaczyna się od wiadomości zostawianych na jej porannej trasie do biegania. Krótkich. Intymnych. Niepokojących. Ktoś zna jej nawyki, jej sekrety i wie dokładnie, dokąd zmierza, kiedy wydaje jej się, że jest sama. Jeden ze szefów jest wyrafinowany, wpływowy i niebezpiecznie uzależniający. To człowiek, który potrafi otwierać każde drzwi, burzyć granice i sprawiać, że ambicja brzmi jak gra wstępna. Drugi jest cichy, magnetyczny i niemożliwy do rozszyfrowania. Wciąga ją do prywatnych gabinetów i napełnia ciszę napięciem, roztaczając wokół siebie mroczną chemię, która pozbawia ją tchu. Sky powtarza sobie, że poradzi sobie z tą namiętnością. Że utrzyma wszystko w czysto zawodowych ramach. Poradzi sobie nawet z tym, że jest pożądana. Ale to, z czym nie potrafi sobie poradzić, to przerażająca świadomość, że stała się pionkiem w wyrafinowanej grze, której do końca nie rozumie. Przyciąganie zamienia się w czystą obsesję, a zaufanie staje się śmiertelnym ryzykiem. Najgorsza część? Dwaj mężczyźni, którzy rządzą jej dniami, to dokładnie ci sami ludzie, którzy śledzą ją po zmroku. Bo niektórzy mężczyźni po prostu cię gonią. Ale ci naprawdę niebezpieczni? Poznają twoje słabości, zostają twoimi szefami i czekają na idealny moment, aż przestaniesz udawać, że ich nie pragniesz.
Rozdział: 1: Rozdział 1 – Biegniesz, jakbyś się spóźniał
Znalazła notatkę we wtorek.
Małą. Białą. Wsuniętą pod koronkę jej lewego buta — tego, który zostawiła przy ławce na rozdrożu, gdzie nabrzeże dzieliło się na dwie trasy, podczas gdy ona rozciągała się przez czterdzieści sekund z zamkniętymi oczami.
Czterdzieści sekund. To wszystko.
Odwróciła kartkę. Cztery słowa napisane czystym, precyzyjnym pismem:
Biegniesz, jakbyś się spóźniała.
Bez nazwiska. Bez numeru. Nic więcej. Tylko pismo — architektoniczne, opanowane — i konkretne uczucie, że obserwuje ją ktoś, kto zwracał na nią uwagę dłużej, niż jej się wydawało.
Sky podniosła wzrok. Nabrzeże o 5:47 rano było puste w sposób, jaki potrafią być tylko miasta: pełne obecności, a jednocześnie nikogo w nim nie było.
Złożyła notatkę. Włożyła ją do kieszeni.
Pobiegła do domu szybciej niż zwykle.
To było trzy tygodnie przed tym, jak go poznała.
Sky zaczęła biegać o 5:47.
Nie o 5:45, nie o 6:00 — o 5:47, bo właśnie tyle czasu zajmowało jej wyciszenie budzika bez pełnego przebudzenia, włożenie butów w ciemności i wyjście z domu, zanim jej mózg zdążył zaproponować lepsze rozwiązania.
Miasto o tej porze było jednocześnie obce i znajome. Latarnie nadal świeciły, choć nie były już potrzebne. Chodnik pachniał deszczem, który jeszcze nie spadł. Sky lubiła tę porę z jednego powodu: nie było tu nikogo, komu musiałaby się tłumaczyć.
Trasa była zawsze taka sama. Cztery mile wzdłuż nabrzeża, w lewo przy starym mostku dla pieszych, w górę przez park, z powrotem. Osiemnaście minut, jeśli nie myślała. Dwadzieścia dwie, jeśli myślała za dużo.
Dzisiaj było dwadzieścia dwie.
Jutro miała miejsce prezentacja. Ta prawdziwa – nie anioły z laptopami na kolanach, nie sala akceleratora pełna ludzi w jej wieku o tym samym głodnym spojrzeniu. Jutro czekała sala konferencyjna, garnitury, ludzie, których zadaniem było zdecydować, czy jej pomysł jest wart ich pieniędzy.
Sky przyspieszyła kroku.
FocusLoop istniał od dwóch lat, siedmiu miesięcy i około czternastu dni. Aplikacja zwiększająca produktywność stworzona specjalnie dla osób z ADHD, która nie próbowała ich leczyć ani zmieniać w kogoś innego. Po prostu pomagała im znaleźć równowagę. Systemy, przypomnienia, mikro-terminy – wszystko to oparte na tym, jak faktycznie funkcjonował mózg osoby z ADHD, a nie na tym, jak według powszechnego przekonania powinien funkcjonować.
Ironią losu było to, że ona sama działała pod wpływem impulsu, kawy i tych porannych mil.
Skręć przy moście. Wypuściła powietrze – w sposób opanowany – i ruszyła pod górę.
Właśnie wtedy pojawił się on.
Nie znikąd – po prostu wcześniej go nie zauważyła. Biegł tą samą trasą, nieco za nią, i dogonił ją gdzieś na wzniesieniu. Na koszulce nie miał żadnego logo. Nie miał słuchawek. Nie trzymał telefonu w dłoni, co o 5:47 rano w Nowym Jorku było niemal podejrzane, ponieważ wszyscy dokumentowali swoje życie.
Sky zerknęła w bok – z przyzwyczajenia, a nie z ciekawości – i biegła dalej.
On dopasował się do jej tempa bez pytania.
To też było podejrzane.
– Wzniesienie jest trudniejsze, niż się wydaje – powiedział po minucie.
Nie „cześć”. Nie „biegasz tu często?”. Po prostu fakt, rzucony w przestrzeń między nimi.
– Zawsze – odparła.
Nic więcej. W milczeniu wbiegli na szczyt wzgórza, a ona spodziewała się, że się od niej odłączy – przyspieszy albo zwolni, tak jak zawsze robili to nieznajomi po obowiązkowej wymianie zdań.
Nie zrobił tego.
Biegli ramię w ramię przez kolejne pięć minut i jakoś jej to nie przeszkadzało. Zwykle by przeszkadzało. Obecność kogoś innego podczas jej porannego biegu wydawała się ingerencją. Ale on biegł tak samo jak ona – nie dla wyników, nie dla zdjęcia po treningu, tylko dlatego, że tak po prostu musiało być.
Na tyle blisko, że czuła, jak powietrze się porusza, gdy on się przemieszczał. Na tyle blisko, by być świadomą jego obecności w sposób, w jaki od dawna nie była świadoma obecności innej osoby.
Nie zwolniła tempa. To miałoby jakieś znaczenie.
– Myślisz o czymś ważnym – powiedział. To też nie było pytanie.
Sky spojrzała na niego – tym razem naprawdę.
Ciemne włosy, nieco dłuższe, niż byłoby to praktyczne. Oczy, których koloru nie potrafiła określić o tej porze, ale były to oczy, które dostrzegały więcej, niż powinny. Żadnej biżuterii, żadnego zegarka, nic na nadgarstkach. Wyglądał jak ktoś, kto świadomie starał się pozostawić jak najmniejszy ślad.
To nie działało.
– Jutro prezentacja – powiedziała. Nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Nie rozmawiała o pracy z nieznajomymi. Zwłaszcza o 5:47 rano. Zwłaszcza z takimi, którzy tak wyglądali.
– Startup?
– Aplikacja. – Chwila ciszy. – Narzędzia dla osób z ADHD.
Skinął głową – nie z grzeczności. Z uznaniem. Różnica była niewielka, ale ona ją wyczuła.
„Boisz się, że nie zrozumieją, dlaczego to ma znaczenie”.
Sky nieco zwolniła.
„Nie boję się”.
„Zwiększyłaś tempo, kiedy zaczęłaś myśleć o jutrze”. Zwolnił, by dostosować się do niej. „A właśnie je zmniejszyłaś, kiedy wypowiedziałam słowo »boisz się«. Czy to nie jest strach?”.
Powinna była się zirytować. Ale tak nie było.
– To kontrola – powiedziała. – To ja kontroluję tempo.
„Albo to tempo kontroluje ciebie”. Spokojnie, bez cienia irytacji. „Zależy, z której strony na to spojrzysz”.
Dotarli do rozdroża — miejsca, gdzie nabrzeże rozdzielało się na dwie trasy. Sky zawsze skręcała w lewo. Zawsze.
Zatrzymała się.
Zatrzymał się obok niej. Nie od razu – dwa kroki później, jakby on też jeszcze się nie zdecydował. Jego ramię niemal musnęło jej ramię. Była świadoma tego „niemal” w sposób nieproporcjonalny do odległości.
„Co byś im powiedziała” – zapytał – „gdybyś wiedziała, że to zrozumieją?”.
Jego głos był cichy. Nie celowo intymny — po prostu cichy, tak jak niektóre głosy brzmią inaczej o szóstej rano, kiedy miasto jeszcze nie zdecydowało się w pełni, by stać się głośne.
Sky spojrzała na niego. Potem na budzące się za nimi miasto — pierwsze autobusy, pierwszy zapach kawy z wózka na rogu, pierwsi ludzie z teczkami i wzrokiem utkwionym w ziemię.
I odpowiedziała. Nie wersją dla inwestorów – tą, którą dopracowała do perfekcji i znała na pamięć. Prawdziwą. Tą, której nigdy nie wypowiedziała na głos, bo brzmiała zbyt osobiście, by można ją było wykorzystać jako broń.
On słuchał. Nie udawał, że słucha — naprawdę słuchał, w ten sposób, w którym nie sprawdza się niczego, nie zaczyna się formułować odpowiedzi w połowie zdania drugiej osoby. Zatrzymała się w połowie myśli.
– Mów dalej – powiedział.
– Skończyłam – odparła. Oboje wiedzieli, że to nieprawda.
Miasto budziło się do życia. Gdzieś rozległ się klakson taksówki. Sky spojrzała na zegarek – przekroczyła zaplanowany czas o sześć minut.
– Powinnam… – zaczęła.
– Tak – odparł. W tym „tak” nie było rozczarowania ani pośpiechu. Tylko zrozumienie, które wydawało się nie mieć racji bytu między dwojgiem nieznajomych na rozdrożu nad brzegiem morza o szóstej rano.
Sky ruszyła w kierunku swojej trasy. W lewo, jak zawsze.
– Jak masz na imię? – zapytała, nie odwracając się.
Cisza. Nie taka, w której ktoś cię nie słyszy — taka, w której ktoś zastanawia się, zanim odpowie.
– Zobaczymy się na trasie – powiedział.
Odwróciła się – ale on już odszedł, kierując się w prawo, tam, gdzie nabrzeże zwężało się i znikało za zakrętem. Sky stała na rozdrożu jeszcze przez dziesięć sekund, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą stał.
Potem pobiegła do domu.
Prysznic, kawa, laptop. Otworzyła prezentację i przeredagowała pierwszy slajd – tę samą wersję, którą przed chwilą wypowiedziała na głos do nieznajomego, którego imienia nie znała. Była lepsza. Bardziej prawdziwa.
O siódmej dwadzieścia zamknęła laptopa i zdała sobie sprawę, że nie myśli o prezentacji.
Myślała o nim.
O tym, jak na nią patrzył, jakby już wiedział, w którą stronę pójdzie, zanim ona sama to zrobiła. O tym „prawie na rozdrożu”. O notatce w kieszeni – wciąż tam, lekko ciepłej od ciepła jej ciała – napisanej pismem, które już zapamiętała, nawet tego nie chcąc.
Skyler Morgan, która nigdy w życiu nie wątpiła w swoje decyzje, siedziała z tym szczególnym i nieznanym uczuciem, że jest znana komuś, kogo nigdy nie spotkała.
Wyjęła notatkę. Przeczytała ją jeszcze raz.
Biegniesz, jakbyś się spóźniała.
Odwróciła kartkę.
Tył był pusty.
Żadnego imienia. Żadnego numeru. Żadnego wyjaśnienia.
Tylko pismo — i konkretna, niepokojąca pewność, że ktokolwiek to napisał, dokładnie wiedział, kto to znajdzie.
Włożyła to z powrotem do kieszeni.
Jutro miała odbyć się prezentacja.
Tej nocy leżała w ciemności i myślała o mężczyźnie, który na rozdrożu wybrał właściwą drogę, o tym, jak zapytała go o imię, jak odmówił jej podania i jak ta odmowa wydawała się w pewien sposób wspólną decyzją.
Zasnęła z myślą: jutro on tam będzie.
Nie wiedziała, dlaczego była tego pewna.
Po prostu była.
Rozdział: 2: Rozdział 2 – Miałam wszystko, czego potrzebowałam
Następnego dnia rano o 5:47 nie wróciła.
Wmawiała sobie, że to przez prezentację. Wmawiała sobie, że to przez trzy e-maile z przypomnieniem, które wysłała o północy, i telefon od prawnika o siódmej, oraz fakt, że miała czterdzieści dwie minuty, by zmienić bieg dwóch lat, siedmiu miesięcy i czternastu dni swojego życia, i nie zamierzała spędzić ich stojąc na rozdrożu nad brzegiem morza, czekając na mężczyznę, którego imienia nie znała.
Podczas jazdy taksówką do centrum wmawiała sobie wiele rzeczy.
Notatka wciąż leżała w kieszeni jej marynarki.
Budynek był jedną z tych wież w Midtown, które nie musiały niczego ogłaszać – hol mówił za nie. Marmur, specyficzne oświetlenie, rodzaj ciszy, której utrzymanie kosztowało. Sky zameldowała się w recepcji, przypięła identyfikator gościa do marynarki, nie patrząc na niego, i wjechała windą na czternaste piętro.
Robiła to już wcześniej. Nie w tym pokoju, nie w tej fundacji, ale w podobnej sytuacji – asystentka oferują











