AlphaNovel

Romantik romanlar

Book cover
Güncellendi

Żałoba Alphy: Strata prawdziwej partnerki

  • 👁 30.9K
  • 10.0
  • 💬 0

Açıklama

Przez lata należałam do niego — nie jako jego przeznaczona partnerka czy miłość, lecz jako towarzyszka jego nocy, jego Gamma i cień skryty w mroku. Alpha Calhoun dbał o to, by żaden mężczyzna nie poważył się mnie dotknąć, czyniąc ze mnie swoją słodką tajemnicę i grzech ukryty pod moją skórą, a ja znosiłam jego bezwzględną dewocję i dotyk, bo przynajmniej przez chwilę był tylko mój. Wszystko zmieniło się, gdy wróciła ona — jego prawdziwa wybranka losu, a ja z dnia na dzień zostałam odrzucona i usunięta w cień relacji, która nigdy do mnie nie należała. Jednak mężczyźni tacy jak Calhoun nie potrafią odpuszczać: groził, że spali każdy border i zniszczy każdego wilka, który stanie mu na drodze, byle tylko nie pozwolić mi odejść. Nie wiedział jednak, że byłam już w drodze do ucieczki z jego stada... i że zabrałam ze sobą znacznie więcej niż tylko moje złamane serce.

Rozdział: 1: Rozdział 1

Z perspektywy ELODIE~

Serce pękło mi na milion kawałków, gdy wpatrywałam się w kartkę papieru, którą trzymałam w dłoniach.

Dzisiaj podpisał moje odejście i nawet nie mrugnął.

Dziewięć lat byłam przy nim, kochałam go, by w końcu zdać sobie sprawę, że jestem nikim.

– Chcesz, żebym mu powiedziała? – Głos dyrektora działu kadr po raz kolejny wyrwał mnie z transu. Zesztywniałam.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż ugryzłam się w wnętrze policzka.

Kłucie w ustach było niczym w porównaniu z bólem rozdzierającym mi pierś, jakby ktoś wziął garść sztyletów i wbijał je we mnie.

Moja dłoń zacisnęła się mocniej na dokumentach rezygnacji. Nie mogłam już patrzeć na ekran laptopa, nie wtedy, gdy łzy groziły, że się wyleją.

Odwróciłam więc głowę, wzięłam drżący wdech i mocno mrugnęłam. Widok już zaczynał mi się zamazywać.

Boże.

To bolało bardziej, niż się spodziewałam.

– To już nie ma sensu. Podpisał to. Czas, żebym wyszła.

Usłyszałam westchnienie dyrektorki działu kadr. Jej oczy były pełne troski, gdy pochyliła się bliżej podczas wideorozmowy.

– Alpha Calhoun nie zorientował się, że to twoje wypowiedzenie. Podpisał je, nawet nie czytając. Od lat jesteś jego prawą ręką. Polega na tobie bardziej niż na kimkolwiek innym. Ceni cię, Elodie. To nie jest tylko kolejna wakat do obsadzenia. Nie da się cię zastąpić.

Moje usta drgnęły. I to nie w uśmiechu.

Ceniona?

Ja?

Zacisnęłam mocniej zęby na wewnętrznej stronie wargi, by powstrzymać się od śmiechu. Albo krzyku.

Co za żart.

Gdyby tak było, czy nie wpadłby już dawno do środka? Czy nie byłoby choć jednego telefonu? Wiadomości?

Powoli skinęłam głową i wzięłam głęboki oddech.

– Przepraszam – wyszeptałam. – Przemyślałam to. Dałam z siebie wszystko, co mogłam. Chociaż przez te wszystkie lata byłam jego Gammą… wiem, że Calhoun znajdzie kogoś innego. Zawsze tak robi.

Mrugnęłam, próbując opanować pieczenie w oczach, i kontynuowałam. – Po prostu… muszę wrócić do mojej watahy. Dowiedziałam się, że moi rodzice nie czują się dobrze. Chcę być z nimi, póki jeszcze mogę. Zostanę przez następny miesiąc, żeby załatwić wszystkie sprawy związane z odejściem. Ale potem…

Przełknęłam ślinę.

„Odejdę. Bardzo dziękuję za wszystko”.

Twarz dyrektorki działu kadr posmutniała.

I to właśnie złamało mnie bardziej niż cokolwiek innego. Nawet ona nie wiedziała, co powiedzieć.

Potem ekran stał się pusty. Wtedy wybuchnęłam płaczem.

Schowałam twarz w dłoniach, wciągając powietrze tak gwałtownie, że aż podrażniło mi gardło. Potem wstałam, otarłam policzki wierzchem dłoni i podeszłam do kąta pokoju, gdzie stały moje pudła.

W willi panowała cisza.

Całe cztery lata w tej prywatnej oazie na klifie – luksusowym, małym wygnaniu, jakie Calhoun dla mnie przygotował.

Dał mi to miejsce. Powiedział, że jest moje.

Ale nigdy nie czułam się tu jak w domu.

Moje ręce poruszały się same, gdy zaczęłam się pakować.

Nie miałam zbyt wiele. Tylko kilka ubrań. Kilka książek. Kubek, który kiedyś zostawił na blacie i nigdy o niego nie poprosił.

Ten zostawiłam.

Rzeczy, które nie miały znaczenia, i te, których braku nigdy by nie zauważył. Może kiedy w końcu tu wróci, wyrzuci je.

W chwili, gdy zakleiłam ostatnie pudełko, po prostu… stałam tam… oddychając.

Ale moje serce… Serce ścisnęło mi się tak mocno, że musiałam chwycić się krawędzi stołu, by nie upaść na podłogę.

Znów popłynęły mi łzy.

Ale tym razem nie walczyłam z nimi.

Pozwoliłam im spływać.

Bo nikt nie patrzył.

Bo choć raz mogłam się załamać w spokoju.

Nawet nie zauważyłam, jak mocno ściskałam pudełko, dopóki nie upadło na podłogę i nie rozsypało tych kilku rzeczy, które mi pozostały. Wspomnienia z całych dziewięciu lat zaczęły… napływać bez ostrzeżenia.

Boże, wtedy byłam tylko Gammą. Nikim. Dziewczyną z bliznami na pewności siebie i drżącymi rękami za każdym razem, gdy ktoś wyższej rangi spojrzał w jej stronę. Ale jakoś… nie wiem jak – zdałam ten egzamin stypendialny i zostałam przyjęta do elitarnej akademii prowadzonej przez Stado Nightbourne.

Powinnam była być dumna.

Zamiast tego, gdy tylko tam dotarłam, pragnęłam zniknąć w ścianach.

Korytarze były całe ze szkła i srebra. A uczniowie? Ubrani jak członkowie rodziny królewskiej.

A ja?

Nie mogłam nawet podnieść wzroku, nie dostrzegając pogardy w ich oczach.

Patrzyli na mnie tak, jakbym wyczołgała się z kanału.

Jakbym tu nie pasowała.

Pamiętam to doskonale. Ten pierwszy dzień. Miałam iść na zajęcia z zaawansowanej historii politycznej w sali B2 – ale już się odwracałam. Nie zamierzałam tam wchodzić. Nie z nimi. Chciałam to opuścić. Schować się w ogrodach z tyłu budynku. Może popłakać się.

Właśnie wtedy wpadłam na Milę Damaris.

Spojrzała na mnie tak, jakbym nie była nikim. Zapytała, na jakie zajęcia idę, i zanim zdążyłam wydukać pełne zdanie, sama zaciągnęła mnie tam.

I tak po prostu… stałam się częścią jej świata.

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

Boże, gdybym wiedziała… może bym uciekła.

Bo gdybym wiedział, co zrobi ze mną miłość do kogoś z tego świata… Gdybym wiedział, że to się tak skończy… Może bym odmówił.

Ale nie powiedziałam.

Podążałam za nią wszędzie, gdzie tylko chciała. Powoli Mila stała się moją najlepszą przyjaciółką. Przedstawiała mnie wszystkim, jakbym była kimś ważnym. Nawet swojej rodzinie.

I właśnie tej nocy poznałam Calhouna. Jej starszego brata. Spadkobiercę stada Nightbourne.

Boże, pamiętam, jak go zobaczyłam po raz pierwszy.

Ledwo na mnie spojrzał.

Ale przysięgam, coś we mnie się zmieniło. Mój wilk oszalał, mrucząc i ciągnąc mnie w jego stronę.

Pomyślałam, że może – tylko może… – był moim partnerem.

Ale co miałam z tym zrobić? Byłam z grupy Gamma.

On był z urodzenia Alfą.

Więc to w sobie pogrzebałam. Głęboko. Tak głęboko, że aż mnie to paliło.

Potem skończyliśmy szkołę. Mila wyjechała, mówiąc, że jedzie do Włoch, by rozbudować rodzinny biznes i kontynuować naukę. Poprosiła mnie, żebym pojechała z nią.

Odmówiłam i zostałam. Nie dlatego, że coś mnie tu jeszcze trzymało…

Ale dlatego, że Calhoun wciąż tu był.

A ja byłam na tyle głupia, że chciałam być blisko niego.

Więc złożyłam podanie. Przyjęłam pracę jako jego Gamma. Jego asystentka.

A on się zgodził, choć trzymał mnie trochę blisko siebie. To powinno wystarczyć.

Ale potem nadeszła ta noc. Coroczna gala Stada.

Wszyscy tam byli. Zauważyłam Calhouna stojącego przy łuku, z zamglonym wzrokiem, pocierającego skroń palcami.

Coś było nie tak.

Czułam to. Coś w jego zapachu – nie tak.

Potem zachwiał się. Tylko trochę. Ale to zauważyłam.

A ponieważ jestem głupcem, poszedłem za nim poza salę. Do ciemnego korytarza.

Powinienem był zawrócić.

Sięgałam po telefon, kiedy usłyszałam jego bolesne warczenie. A potem… odwrócił się.

Jego oczy świeciły bursztynowym blaskiem.

Jego wilk próbował się przedrzeć na zewnątrz.

– Calhoun… poczekaj… tylko chwilę… dzwonię do kogoś…

Ale nigdy nie zadzwoniłam. Nagle znalazł się przede mną, ciężko oddychając, a jego dłoń uderzyła o ścianę tuż obok mojej głowy. A potem… pocałował mnie.

Nie… on mnie nie pocałował.

Pożarł mnie.

A ja… pozwoliłam mu na to.

Powinnam była go odepchnąć. Zamiast tego jednak zamknęłam oczy i pozwoliłam mojemu głupiemu sercu uwierzyć, choćby przez jedną sekundę, że on mnie pragnie.

A potem, następnego ranka…

Nie powinnam była się obudzić.

Nie w tym łóżku. Nie w tym pokoju.

Przez chwilę świat był cichy, po raz pierwszy od wieków. Dopóki nie otworzyłam oczu.

Calhoun siedział na krześle przy oknie. Miał skrzyżowaną nogę, a ręce leniwie spoczywały na kolanach, jakby całą noc obserwował, jak śpię. Jego martwe oczy wpatrywały się w moje, tak puste, że aż wysysały powietrze z moich płuc. Na jego twarzy nie było nawet cienia emocji.

Żołądek mi się skurczył.

I wtedy zdałam sobie sprawę. Byłam naga.

Boże… to był mój pierwszy raz. Oddałam mu swój pierwszy raz! Ból ściskał każdą część mojego ciała – nie tylko fizyczny ból, ale coś jeszcze. Coś, co krzyczało, że popełniłam błąd tak ogromny, że być może nigdy się z niego nie podniosę.

Próbowałam usiąść. Nawet oddychanie wydawało mi się karą.

Calhoun nie drgnął. Po prostu odchylił się do tyłu, wciąż wpatrując się we mnie, jakby obserwował coś nieistotnego.

Wtedy przemówił chłodno. – Wiem, że mnie lubisz. Wiedziałem to od chwili, gdy Mila przyprowadziła cię do rodzinnej willi.

Zamarłam. Otworzyłam usta, ale nic z nich nie wyszło.

– Nie musisz udawać. Wiem – pochylił się do przodu. – Ale nie rób sobie zbyt wielkich nadziei. Nigdy nie polubiłbym kogoś takiego jak ty. To, co wydarzyło się wczoraj w nocy, było błędem… i tak powinno pozostać.

Te słowa uderzyły mnie jak policzek, ale jego twarz pozostała niewzruszona. Nie było w niej nawet cienia wyrzutów sumienia.

Byłam pomyłką?

Powinnam była coś powiedzieć. Krzyknąć. Uderzyć go. Ale straciłam głos. Serce… mi zamarło.

Wtedy wstał. Niczego nie znaczyło.

Podszedł do szuflady i wyciągnął coś. Czarną kartę. Rzucił ją na łóżko, jakby to było śmieci.

– Mila mi o tobie opowiadała – mruknął, wciąż nie patrząc na mnie. – Rodzina w trudnej sytuacji. Krew Gamma. Próba zrobienia czegoś ze swoim życiem.

Odwrócił się, by wyjść, po czym dodał bez cienia wahania:

– Tam jest wystarczająco pieniędzy, żebyś mogła się ustatkować. Podziękujesz mi później.

Właśnie w tym momencie łzy zaczęły mi szczypać w oczy, a gardło ścisnęło mi się z upokorzenia, którego nie potrafiłam przełknąć.

Ale on się nie zatrzymał. Spojrzał mi prosto w oczy i powiedział:

„Nie patrz tak na mnie. Jestem zakochany. Mam partnerkę. Zapomnijmy oboje, że to się kiedykolwiek wydarzyło”.

Był okrutny. Nawet nie próbował tego ukrywać. A ja nienawidziłam siebie za to, że pozwoliłam sobie marzyć. Nawet przez jedną noc.

Bo nagle znów przypomniałam sobie głos Mili w mojej głowie.

„Ma obsesję na punkcie Carmeli Reyes. Wiesz, tej dziewczyny z sąsiedniej watahy, która ciągle go zdradza? Nigdy nie przestanie za nią biegać”.

I miała rację.

On nigdy nie przestanie gonić za kimś, kto ciągle go rani, a ja… byłam po prostu głupią dziewczyną, która myślała, że może będzie inaczej.

Łzy popłynęły mi po twarzy, zanim zdążyłam je powstrzymać… Ale on nawet nie rzucił na mnie okiem, kierując się w stronę drzwi.

– Zaczekaj! – wykrzyknęłam, ciągnąc za sobą prześcieradło i potykając się, wyskakując z łóżka. Drżałam. Nie obchodziło mnie, czy wyglądam żałośnie.

– Nie chcę twoich pieniędzy – mój głos się załamał. – Chcę tylko szansę, by udowodnić, że mogę być dla ciebie tą jedyną.

Zatrzymał się.

Potem odwrócił się. Przewrócił oczami i wyszedł.

I to był początek mojego piekła.

Od tego dnia w ciągu dnia byliśmy dla siebie niczym więcej niż obcymi, a nocą… stałam się jego asystentką. Jego zabawką seksualną. Niczym więcej.

Tak bardzo się starałam. Kupowałam prezenty, drobne upominki, które, jak sądziłam, wywołają uśmiech na jego twarzy. Nigdy ich nie otwierał. Znajdowałam je w koszu. Wszystkie.

Ale nic nie przygotowało mnie na jego urodziny. Tej nocy siedziałam na podłodze w swoim pokoju, ściskając w dłoni głupie małe pudełeczko z spinkami do mankietów, których nigdy nie zdążyłam mu podarować – podczas gdy on publikował zdjęcie na swoim profilu w mediach społecznościowych. On i

Carmelą Reyes, którą właśnie całował.

I wtedy dotarło do mnie: nigdy nie będę dla niego wystarczająca. Nigdy się z tego nie wyleczę.

Ugryzłam się w wnętrze policzka tak mocno, że poczułam smak krwi. Skończyłam już płakać. Przysięgam.

Otrząsnęłam się z przeszłości, chwyciłam pudełko z rzeczami i skierowałam się w stronę drzwi. Ale w chwili, gdy je otworzyłam, sapnęłam z zaskoczenia.

Calhoun stał tam, leniwie opierając się o framugę drzwi.

Jego głos brzmiał swobodnie. Jakby w środku nie umierała.

– Dokąd idziesz?

Serce mi się ścisnęło. – Znalazłam nowe mieszkanie. Wyprowadzam się.

– Hmm – mruknął. – Podwiozę cię.

– Odparłam szybko, przyciskając pudełko mocniej do piersi. – To nie jest tak daleko.

Zacisnął szczękę. „Nie pytałem o to”.

Nie kłóciłam się już więcej.

W milczeniu podeszliśmy do jego Porsche. Ale gdy tylko wsiadłam, wiedziałam, że coś jest nie tak.

W środku unosił się ostry zapach kwiatowych perfum. Różowe lalki… były starannie ułożone na desce rozdzielczej i na siedzeniu.

Zauważył, jak na nie patrzę. Przewrócił oczami.

„Carmela chciała zmiany. Musiałem jej to dać”.

Serce mi pękło.

To był ten samochód, który szeptał mi rzeczy, w które głupio wierzyłam. Wyruchał mnie. A teraz… należał do niej. Wszystko należało do niej.

Pudełko wyślizgnęło mi się z rąk i rozbiło się o podłogę. Szkło rozsypało się na kawałki.

Rzuciłam się, by zebrać odłamki, ale jeden z nich głęboko wbił mi się w dłoń. Krew natychmiast zaczęła tryskać.

„Cholera” – warknął Calhoun, wyciągając rękę w moją stronę.

Zanim jednak jego palce zdążyły mnie dotknąć, jego telefon zawibrował.

Zatrzymał się. Potem odebrał.

– Cal, kochanie, skaleczyłam się w rękę – jęczała Carmela z drugiej strony. – Krwawi. Wróć do domu, proszę.

Zamarłam.

Calhoun westchnął. Potem spojrzał na mnie. – Zadzwonię do mojego Betę, żeby po ciebie przyjechał. Po prostu nie ruszaj się.

I wtedy zniknął.

Zostałam tam sama. Krwawiąca. Na ziemi. Ze szkłem wbitym w skórę.

Serce ścisnęło mi się mocno.

„Dostaniesz to, czego chcesz, Calhoun. Nigdy więcej cię nie pokocham”.

Rozdział: 2: Rozdział 2

Z perspektywy ELODIE

To był po prostu kolejny poniedziałek. Ale czułam się, jakbym była na własnym pogrzebie.

I dzisiaj, jak każdego dnia, wlokłam resztki tego, co ze mnie zostało, do tego cholernego budynku tylko po to, żeby na niego spojrzeć. Żeby spojrzeć na mężczyznę, który rozrywał mnie kawałek po kawałku i wciąż nie miał pojęcia, jak głęboko krwawiłam z jego powodu.

Boże, jak ja nienawidziłam poniedziałków.

Ale bardziej niż cokolwiek innego… nienawidziłam siebie.

Za to, że wciąż miałam nadzieję. Za to, że wciąż budziłam się każdego ranka z myślą: może dzisiaj mnie zauważy… może dzisiaj odwzajemni moją miłość.

Głupia, głupia dziewczyna.

Włożyłam płaszcz, posmarowałam usta balsamem, żeby nie wyglądać na półmartwą, i weszłam do biura jak duch we własnej skórze. Nikt jednak tego nie zauważał. Zawsze byłam punktualna. Zawsze zadbana. Zawsze wywiązywałam się z obowiązków jak idealna mała Gamma. Nawet moja wilczyca miała mnie dość, skomląc ka

Heroes

Her zaman ve her yerde çevrimiçi roman okumak için AlphaNovel'i kullan

Hikayeleri okuyabileceğin, en iyi romantik romanları ve ilgini çekecek alfa kurt aşk kitaplarını bulabileceğin bir dünyaya adım at.

QR codeQR kodu tara ve uygulama indirme sayfasına git