
Klientka bezwzględnego mecenasa
- 👁 393
- ⭐ 7.5
- 💬 0
Deskripsi
„Zasada numer jeden”, powiedział Ethan Cole, a jego głos był zimny jak lód w jego szklance whisky. „Nie kłamiesz mi. Zasada numer dwa: należysz do mnie, dopóki ten proces się nie skończy”. Byłam dziewczyną na stypendium z tej gorszej części miasta. Brandon Whitfield był złotym dzieckiem najbogatszej rodziny w mieście. Teraz leży martwy na dole schodów, a cała wina spada na mnie. Mając perspektywę dwudziestu lat w więzieniu, mam tylko jedną nadzieję. Ethana Cole’a. To najbardziej błyskotliwy adwokat w mieście. Jest bezwzględny, arogancki i niemożliwy do przejrzenia. Wziął moją sprawę, by wygrać, a nie by szukać przyjaciół. Jednak im głębiej grzebiemy w kłamstwach rodziny Whitfieldów, tym bardziej zaciera się granica między adwokatem a klientką. Późne noce spędzone na przygotowywaniu mojej obrony zmieniają się w zażarte kłótnie. Zimne spojrzenia zamieniają się w skradzione, pozbawiające tchu dotyki w cieniu jego gabinetu. Ethan ma ratować moje życie, ale sposób, w jaki na mnie patrzy, wydaje się niebezpieczeństwem samym w sobie. Pójście do łóżka z moim adwokatem mogłoby zniszczyć moją sprawę i zrujnować jego karierę. Ale kiedy wpływowi ludzie próbują pogrzebać mnie na zawsze, Ethan jest jedyną osobą stojącą im na drodze. A zignorowanie wybuchowej chemii między nami może być jedyną rzeczą, na której naprawdę przegramy.
Rozdział: 1: Rozdział 1 – Dziewczyna ze stypendium
Parking powiedział mi wszystko, co musiałam wiedzieć o Harwick.
Zanim w ogóle znalazłam wjazd, minęłam trzy Tesle. Moim samochodem była Honda z pękniętym lusterkiem i naklejką na zderzaku ze szkoły, która naprawdę potrzebowała takich naklejek. Jefferson High, rocznik 2021 – miejsce, w którym doradca zawodowy płakał, kiedy otrzymałam list. Nie z radości. Ze zdziwienia.
Po wyłączeniu silnika siedziałam w samochodzie przez cztery minuty. Nie dlatego, że się bałam. Tylko dlatego, że liczyłam w głowie, ile razy będę musiała wyjaśniać, gdzie leży Trenton w stanie New Jersey, ludziom, którzy zdążyli odwiedzić trzy europejskie kraje, zanim jeszcze zaczęli jeździć samochodem.
Uniwersytet Harwick w Connecticut. Założony w 1847 roku. Tradycja doskonałości. Tak było napisane w broszurze, nad zdjęciem roześmianych studentów na dziedzińcu, którzy wyglądali, jakby śmiali się przez całe życie i nie widzieli powodu, by przestać. Przez dwa lata trzymałam tę broszurę przypiętą nad biurkiem w domu. Mama narysowała obok niej mały krzyżyk, taki, jaki rysuje ołówkiem, gdy modli się o coś konkretnego.
Odpięłam ją rano w dniu wyjazdu. Nie wydawało mi się właściwe, by zabrać ją ze sobą. To tak, jakby zabrać kółka pomocnicze na wyścig.
Kampus był piękny w taki sposób, w jaki rzeczy są piękne, gdy zostały zaprojektowane tak, byś poczuł się mały. Gotyckie łuki. Stara cegła tak ciemna, że we wrześniowym cieniu wydawała się niemal czarna. Bluszcz, który rósł jeszcze zanim urodziła się moja babcia — gęsty i zdecydowany, jakby postanowił zostać, a nikt nie miał nic przeciwko. Nad głównym holem górowała wieża zegarowa, która wybijała co kwadrans. Wiem o tym, bo wybiła dwa razy, kiedy wnosiłam drugie pudło po trzech piętrach schodów, i za każdym razem zatrzymywałam się i spoglądałam w górę, jakbym myślała, że ktoś osobiście coś ogłasza.
Moja współlokatorka zajęła już stronę przy oknie. Jej imię było wpisane na kartce przy drzwiach – Pemberley Ashworth – a ja stałam na korytarzu, czytając je przez chwilę. Nikt nie nazywa swojego dziecka Pemberley, chyba że nigdy nie musiał się martwić o to, ile takie imię może kosztować podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Albo w ogóle nigdy nie musiał się martwić o rozmowy kwalifikacyjne.
Nie było jej tam. Tylko jej rzeczy – torba podróżna marki Patagonia, pasujący zestaw walizek w odcieniu zieleni, który prawdopodobnie nosił nazwę coś w rodzaju „oddech eukaliptusa”, oraz pasek zdjęć z wyjazdu narciarskiego, już przypięty nad jej biurkiem. Cztery uśmiechnięte dziewczyny w drogich kurtkach. Jedna z nich pokazuje znak pokoju. Wszystkie mają tę samą fryzurę.
Postawiłam swoje pudła po swojej stronie i niczego nie dotykałam.
Spotkanie orientacyjne odbywało się w głównej sali. Drewniane boazerie, portrety mężczyzn o imponujących brwiach, którzy ufundowali budynki lub wykupili sobie prawo do zapamiętania. Dziekan wypowiedział słowo „społeczność” siedem razy w ciągu jedenastu minut. Policzyłam. Mam taki nawyk w stosunku do słów, które są nadużywane.
Dziewczyna obok mnie robiła notatki podczas spotkania wprowadzającego w skórzanym notesie z monogramem. Obserwowałam, jak pisze: „społeczność = wspólna inwestycja w zbiorową doskonałość” i pomyślałam: „poradzisz sobie tu świetnie”.
Po raz pierwszy zobaczyłam Brandona Whitfielda na przyjęciu po spotkaniu.
Nie znałam jeszcze jego imienia. Znałam ten typ. Niektórzy ludzie poruszają się po sali tak, jakby została zbudowana specjalnie dla nich – w jego przypadku częściowo tak właśnie było. Imię jego dziadka widniało na bibliotece. Stał przy stole z napojami, rozmawiając z dwoma innymi mężczyznami, ale nie patrząc na nich. To szczególne „niepatrzenie”, które w rzeczywistości jest skanowaniem. Katalogowaniem. Podejmowaniem decyzji.
Zauważył, że go dostrzegłam. Nie ukryłam tego na twarzy. To był mój pierwszy błąd.
Uśmiechnął się – i przeszedł przez salę.
Nie szybko. Nie z zapałem. Tak, jak porusza się ktoś, kto ani razu nie rozważał możliwości odrzucenia jako czegoś, co mogłoby dotyczyć właśnie jego.
– Nie wyglądasz, jakbyś chciała tu być – powiedział. Miał to na myśli jako komplement. To właśnie cechowało Brandona Whitfielda, co zrozumiałam później – myślał, że coś mi oferuje. Zawsze tak myślał.
– Nie wyglądam na wiele rzeczy – odparłam spokojnym głosem. Utrzymałam kontakt wzrokowy.
Coś się zmieniło w jego spojrzeniu. Nie było to dokładnie zainteresowanie. Raczej… ponowna ocena sytuacji. Jakbym przesunęła pionek na planszy, którą, jak mu się wydawało, rozumiał.
„Brandon”. Wyciągnął rękę.
Uścisnęłam ją. Jego uścisk trwał dokładnie tyle, ile trzeba było, by wyrazić swoją myśl, i dokładnie o jedną sekundę dłużej. Całe moje ramię zarejestrowało to, zanim zrobił to mój mózg. To nie była atrakcja — coś innego. Coś bardziej przypominającego uczucie, które ogarnia cię, gdy samochód zwalnia obok ciebie na pustej ulicy, a ty jeszcze nie wiesz, czy się zatrzyma.
– Cara – powiedziałam.
– Pierwszy rok?
– Co mnie zdradziło?
Uśmiechnął się ponownie. Tym razem inaczej – mniej sztucznie, bardziej autentycznie, co w pewnym sensie było jeszcze gorsze. – Sposób, w jaki wszystko obserwujesz. – Pauza. – Większość ludzi przestaje to robić po semestrze. Traci się ten nawyk.
— Nie zamierzam tego robić.
Spojrzał na mnie przez chwilę, która trwała nieco zbyt długo. Potem powiedział: – Dobrze. Bez kogoś, kto zwraca uwagę, to nudne miejsce.
Odszedł. Wrócił do swojej grupy. Wrócił do tego, by na nich nie patrzeć.
Wzięłam szklankę wody, której nie chciałam, i stanęłam przy oknie. Na zewnątrz bluszcz rozkwitał w popołudniowym świetle, a wszystko wyglądało jak katalog życia, którego nie spodziewałam się, dorastając.
Mój telefon zawibrował. Mama: mija, jak tam?
Odpisałam: pięknie. idę wcześnie spać
Wysłała emoji krzyżyka i serduszka. Odłożyłam telefon.
Wieża zegarowa wybiła kwadrans. Spojrzałam na swoją dłoń – tę, którą mi uścisnął – i powiedziałam sobie, że to, co czuję, to tylko społeczna matematyka bycia nową w jakimś miejscu, doszukiwanie się zagrożeń we wszystkim, bo tak właśnie się robi, gdy nie można sobie pozwolić na pomyłkę.
Co do tej ostatniej części miałam rację.
Myliłam się co do pierwszej.
Później – znacznie później – ktoś zapytał mnie, czy przed tą nocą czułem gniew wobec Brandona Whitfielda.
Szczera odpowiedź brzmi: czułam coś bliższego rozpoznaniu.
Widziałam już ten uśmiech. Nie konkretnie u niego – ale w tej wersji świata, która go stworzyła. W wersji, która ma plan dla dziewczyn takich jak ja i nazywa ten plan szansą.
Powinnam była opuścić przyjęcie w chwili, gdy tylko przeszedł przez salę.
Teraz to wiem.
Wiem też, że to nic by nie zmieniło. Ludzie tacy jak Brandon Whitfield nie potrzebują powodu. Wystarczy im tylko lekko uchylone drzwi.
Ja swoje trzymałam zamknięte. To nie miało znaczenia.
To jest ta część, której nie umieszczają w broszurze.
Rozdział: 2: Rozdział 2 – Impreza, na którą nie zostałeś zaproszony
W piątek o dziewiątej piętnaście Jade zapukała do moich drzwi z butelką czegoś, co wyglądało na drogie, i z miną kogoś, kto już podjął decyzję za ciebie.
– Idziemy – powiedziała.
Byłem w trakcie czytania podręcznika do prawa konstytucyjnego. Przeczytałem czterdzieści stron, pozostało mi jeszcze sześćdziesiąt, a podkreślałem fragmenty z determinacją kogoś, kto rozumiał, że za każdą stronę zapłaciła komisja przyznająca stypendium, która postawiła na kogoś z Trenton.
– Uczę się.
– Uczysz się od wtorku. – Weszła do środka bez zaproszenia, co mogło wynikać albo z charakteru Jade, albo z jej pewności siebie – nie znałem jej jeszcze na tyle długo, by odróżnić jedno od drugiego. Postawiła butelkę na moim biurku, bezpośrednio na książce „Marbury przeciwko Madisonowi”. – W posiadłości Whitfieldów jest impreza. Tak, w tej prawdziwej posiadłości. Poza kampusem.
– Wiem, co to jest posiadłość.
– Cara – wypowiedziała moje imię w sposób, w jaki ludzie to robią, g




