AlphaNovel

Novel romansa

Book cover
EksklusifDiperbarui

Król mnie pogrzebał, jego dziedzic mnie obudził

  • 👁 532
  • 7.5
  • 💬 0

Deskripsi

„Jestem królową”, ostrzegłam go, gdy starożytne złoto ciążyło na mojej skórze. „Mężczyźni tacy jak ty składają mi pokłon”. Miliarder postąpił krok bliżej, a w jego ciemnych oczach błysnęły niebezpieczne iskry. „W tym mieście, Nara, nie kłaniam się nikomu. Ale mogę pozwolić ci rządzić w moim łóżku”. Powinnam była umrzeć w ciemnościach trzy tysiące lat temu. Pogrzebana żywcem przez króla, któremu ufałam, miałam zostać zapomniana na zawsze. Zamiast tego obudziłam się. Magia trzymająca mnie przy życiu doprowadziła mnie prosto do Cadena Vossa. Bogaty, arogancki i niebezpiecznie przystojny, jest ostatnim potomkiem człowieka, który doprowadził mnie do ruiny. Moja zemsta powinna być prosta. Zabić dziedzica, złamać klątwę. Ale ktoś inny na nas poluje. Starożytne sekrety przedostają się do współczesnego Nowego Jorku i nagle dziedzic mojego największego wroga staje się jedyną osobą, która utrzymuje mnie przy życiu. Caden zamyka mnie w swoim penthouse przypominającym fortecę. Ubiera mnie w jedwabie. Dotyka mnie tak, jakbym była bronią, którą tylko on potrafi się posługiwać. Przetrwałam grobowiec. Ale nie sądzę, by moje serce przetrwało zakochanie się w rodzie, który poprzysięgłam zniszczyć.

Rozdział: 1: Rozdział 1 – Co pamięta ciemność

Przed pamięcią jest złoto. Nie ten zimny, czysty zapach współczesnego metalu, ale ten starszy rodzaj — ten nasączony kadzidłem, krwią i modlitwą, aż przestaje być materiałem, a staje się wspomnieniem. Ten rodzaj złota, które wie, że było czczone.

Drugą rzeczą, jaką pamiętam, jest to, że powinienem być martwy.

Leżę nieruchomo przez długą chwilę, co mam już wprawione w palcach. Trzy tysiące lat praktyki, żeby być precyzyjnym — choć „leżenie” to nie do końca właściwe słowo na to, co robiłem. Zawieszony. Utrzymywany. Oddech zatrzymany między uderzeniami serca, rozciągnięty na tysiąclecia przez klątwę, która nie powinna była być możliwa, i człowieka, któremu nie należało ufać.

Oddycham. Moje płuca pamiętają, jak to robić, choć powietrze, które je wypełnia, smakuje kamieniem i pradawną ciemnością. Oddycham ponownie, wolniej, tak jak nauczył mnie Kai – tak jak oddycha się, gdy trzeba zrobić bilans siebie, zanim świat zażąda, byś w nim działał.

Ciało: obecne. Moc: rozdrobniona, odległa, jak ogień dostrzegany przez mgłę. Ból: brak, co budzi podejrzenia.

Pamięć: nienaruszona.

To ostatnie jest najokrutniejsze.

Nazywał się Amenhotep. Nie był faraonem – jeszcze nie – ale poruszał się jak człowiek, który już zdecydował, że bogowie są mu coś winni. Miał usta stworzone do ogłaszania dekretów i ręce stworzone do zabierania, a kiedy spojrzał na mnie po raz pierwszy, w mojej własnej świątyni, w otoczeniu mojego kapłaństwa, spojrzał na mnie tak, jak mężczyźni patrzą na broń, którą chcą nosić.

Byłam królową z własnego prawa. Nosiłam tytuł Pani Łuku, Władczyni Strzał – wybranka Neith, ta, która balansowała między wojną a mądrością niczym na linie. Nie potrzebowałam go.

I tak go wybrałam.

To jest ta część historii, o której nie opowiadam. Ani Kaiowi, ani ciemności, ani murom, które trzymały mnie w niewoli przez trzy tysiące lat. Wybrałam go. Widziałam dokładnie, kim był – ambicję, głód, ten szczególny blask, który żyje w mężczyznach gotowych na wszystko – i pomyślałam: w końcu. Ktoś, kto mi dorównuje.

Myliłam się.

Ceremonia była moim pomysłem. Rytuał wiążący – stara magia, starsza niż dynastie, taka, która łączy dwie moce tak całkowicie, że każda z nich staje się niezbędna dla drugiej. Zaoferowałam mu to jako dar. Myślałam, że czynię go równym sobie.

Teraz rozumiem, że w rzeczywistości wręczałam mu klucz do mojej klatki.

Wykorzystał go sześć miesięcy później.

Z tamtej nocy najbardziej zapadło mi w pamięć jego spojrzenie. Nie było w nim okrucieństwa – to byłoby łatwiejsze do znienawidzenia. Był to żal. Jakby szczerze mu było przykro, że stałam się tak niebezpieczna, że trzeba było mnie usunąć. Jakby pogrzebanie mnie żywcem było po prostu racjonalnym kolejnym krokiem, smutną arytmetyką władzy.

„Jesteś zbyt wielka” – powiedział. „Człowiek nie może zbudować imperium obok burzy”.

Więc zamknął mnie w burzy. Złoto, kamień i klątwa, która miała być wieczna. Usunął moje imię ze ścian świątyni. Usunął moją twarz z archiwów. Opowiedział historię, w której nigdy nie istniałam, a świat, jak to światy, uwierzył mu.

Otwieram oczy.

Nad mną znajduje się pokrywa sarkofagu, ale jest pęknięta – szczelina biegnie na całej długości, wpuszczając promień światła tak cienki, że ledwo zasługuje na tę nazwę. Przyciskam dłonie płasko do wewnętrznej powierzchni, czuję pod palcami znajomą fakturę inskrypcji – modlitwy, których nikt nie dokończył, klątwy, których nikt nie dopowiedział, moje własne imię wyryte w języku, który umarł dwa tysiące lat temu.

Pokrywa nie stawia oporu, gdy ją popycham.

Odnotowuję to jako coś znaczącego i siadam.

Grobowiec nie jest już tym, czym był. Trzy tysiące lat zmieniają przestrzeń — pozbawiają ją uroczystości, pozostawiając jedynie szkielet tego, czym kiedyś była. Urzeki kanopskie nadal stoją na swoich miejscach, ponieważ rodzina Vossów, cokolwiek by z nich nie było, tyle przynajmniej rozumiała. Lniane bandaże, w które zostałem owinięty, rozpadły się w coś, co bardziej przypomina ideę niż tkaninę. Złoto jest wszędzie, ponieważ złoto jest jedyną szczerą rzeczą — nie udaje czegoś, czym nie jest. Po prostu trwa.

Prześlizguję nogi przez krawędź sarkofagu i wstaję.

W chwili, gdy moje stopy dotykają kamiennej podłogi, moc się porusza – rzuca się w moją stronę jak coś na wpół wygłodniałego, naciskając na wnętrze moich żeber, sięgając po moje dłonie. Zaciskam palce w pięści i powstrzymuję ją. Jeszcze nie teraz. Moc bez wiedzy to tylko szkoda, która nieuchronnie nadejdzie, a ja byłem nieprzytomny przez trzy tysiąclecia. Nie wiem nic o tym, w czym się obudziłem.

Najpierw: przetrwać. Potem: zrozumieć. A potem: zniszczyć.

Tunel za komorą grobową jest wąski i czarny, ale ciemność nigdy mnie nie przerażała. Urodziłam się w kraju, który rozumiał ciemność – który wznosił pomniki ku czci gwiazd właśnie dlatego, że noc była tak absolutna. Kładę dłoń na ścianie i idę.

W chwili, gdy wychodzę z tunelu, świat uderza we mnie jak fizyczna siła.

Najpierw dźwięk: niski, nieustanny ryk, którego rozpoznanie jako ruchu ulicznego zajmuje mi kilka sekund — znam to słowo, Kai przygotował mnie na to, przekazał mi język i historię w tych dziwnych, przelotnych chwilach, kiedy udawało mu się przebić przez zawieszenie i dotrzeć do mnie. Cywilizacja nie ustawała w ruchu. Wiedziałem o tym na poziomie intelektualnym. Wiedza i słyszenie to dwie różne rzeczy.

Światło, po drugie: jego charakter jest nie ten. Zbyt precyzyjne, zbyt pozbawione źródła — sztuczne, pomarańczowe światło sodowe na tle nieba, które jest bardziej niebieskie i zamglone niż cokolwiek, co pamiętam z Egiptu. Są gwiazdy, ale są blade, wyblakłe przez całą tę ludzką jasność poniżej.

Jestem na zewnątrz, na świeżym powietrzu, ale samo powietrze jest inne. Ciężkie. Chemiczne. Zapach świata, który napędzany jest ogniem i zapomnieniem.

Stoję nieruchomo gdzieś na zboczu wzgórza, patrząc na nieznaną mi linię horyzontu, pełną budynków wyższych niż cokolwiek, co kiedykolwiek wymyśliła moja cywilizacja, i starannie kataloguję swoje reakcje, aby żadna z nich nie przejęła nade mną kontroli.

Szok: tak. Dezorientacja: do opanowania. Smutek: nie teraz.

Spoglądam na swoje dłonie. To te same dłonie. Ten sam ciemny brąz, te same długie palce, niewielka blizna na prawym palcu wskazującym, gdzie pobrałem krew podczas ceremonii przymierza i powinienem był wiedzieć lepiej. Te same dłonie, które trzymały łuki, spisywały prawa, budowały rzeczy i je niszczyły.

Wciąż działają. Dobrze.

Potrzebuję ubrań, które nie wzbudzą natychmiastowego niepokoju. Potrzebuję wody. Muszę znaleźć Kai, który żyje w tym świecie od lat 80. i miał czterdzieści lat, by zrozumieć go w sposób, w jaki mi się to nie udało.

Nie potrzebuję natomiast odgłosu kroków za moimi plecami.

Odwracam się.

Stoją dziesięć stóp ode mnie i nawet w tej ciemności, nawet w tym stuleciu, od razu go rozpoznaję – to postawa człowieka, który przez całe życie wchodził do pomieszczeń, oczekując, że się wokół niego przestawią. Wysoki. Ciemnowłosy. Twarz o ostrych rysach, która powinna być zimna, a jednak jakoś nie do końca taka jest. Ma na sobie ubranie z tej epoki, które, jak nauczył mnie Kai, nazywa się garniturem, i patrzy na mnie z charakterystycznym wyrazem twarzy człowieka, który znalazł coś, czego szukał, nie będąc do końca pewnym, czy w ogóle chciał to znaleźć.

Ma szare oczy.

W jednej ręce trzyma latarkę, a w drugiej coś, co wygląda jak urządzenie komunikacyjne, i wpatruje się we mnie tak, jak ludzie wpatrują się w rzeczy, które nie powinny istnieć.

– Grobowiec miał być pusty – mówi. Jego głos jest cichy – taki cichy, że pokoje uczą się go słuchać. – Jest pusty od trzech pokoleń.

Patrzę na niego przez dłuższą chwilę.

Byłam przygotowana na wiele rzeczy. Kai dał mi język, kontekst, ostrzeżenie. Opowiedział mi o współczesnym świecie, o rodzie Vossów, o rodzinie, która przez trzy pokolenia utrzymywała pieczęć na mojej komorze grobowej, nie wiedząc – lub nie przyznając się – do tego, czego strzegła.

Nie powiedział mi, że spadkobierca będzie miał oczy swojego dziadka.

Nie powiedział mi, że poczuję cień starej magii w powietrzu między nami, słaby, ale nie do pomylenia, tak jak piosenka brzmi znajomo, zanim przypomnisz sobie jej tytuł.

– Nie – mówię, a mój głos brzmi dokładnie tak, jak tego chcę – spokojny, stanowczy, już panujący nad tą rozmową. – Nie było pusto. Po prostu nie zostałeś zaproszony.

Mruga. Coś się zmienia w jego wyrazie twarzy – nie strach, z którym mogłabym sobie poradzić, ale zainteresowanie, z którym będzie znacznie trudniej sobie poradzić.

– Kim jesteś? – pyta.

Spędziłem trzy tysiące lat, przygotowując odpowiedź na to pytanie. Rozważałem ją w ciemnościach, dopracowywałem, przekształcałem w broń. Wiem dokładnie, kim jestem i wiem dokładnie, po co wróciłem, a nic z tego nie wiąże się z tym, że spadkobierca rodu, który mnie uwięził, patrzy na mnie, jakbym był czymś, co chce zrozumieć.

– Ktoś – odpowiadam – kto powinien pozostać pogrzebany.

Przechodzę obok niego. Moje ramię niemal muska jego. Magia rozbłysła w tej bliskości – stara, głodna, zła – a ja idę dalej, w stronę blasku i zgiełku tego nowego świata, ponieważ pierwszą lekcją przetrwania czegokolwiek jest to, by nie oglądać się za siebie.

Nie oglądam się za siebie.

Ale czuję, jak mnie obserwuje, aż zniknę.

Rozdział: 2: Rozdział 2 – Niewłaściwy rodzaj głodu

Znajduję Kai w barze.

Nie jest to tak absurdalne, jak się wydaje. Powiedział mi kiedyś – w jednej z tych krótkich, dziwnych chwil, kiedy jego głos przebijał się przez zawieszenie niczym dłoń sięgająca przez wodę – że jeśli kiedykolwiek się obudzę i będę musiała go odnaleźć, powinnam kierować się najstarszym instynktem, jaki posiadam. Znajdź miejsce, do którego ludzie przychodzą, by być zauważonymi – powiedział. Będę tam.

Wydaje się, że w tym stuleciu takim miejscem jest właśnie bar. Pomieszczenie pełne ludzi jedzących o nietypowych porach, nad którymi czuwa zmęczona obsługa, a wszyscy udają, że się nie zauważają. Starożytnym odpowiednikiem byłaby świątynia targowa – miejsce gdzieś pomiędzy handlem a modlitwą, gdzie nieznajomi mogli siedzieć blisko siebie bez żadnych zobowiązań.

Kai idealnie tam pasuje. Zawsze rozumiał, jak należeć do danego miejsca, nie dając się mu jednak zawładnąć.

Siedzi w narożnej loży, pije coś ciemnego z ceramicznego kubka i czyta gazet

Heroes

Gunakan AlphaNovel untuk membaca novel online kapan pun dan di mana pun

Masuki dunia tempat kamu bisa membaca berbagai cerita dan menemukan novel romantis terbaik serta buku romansa alpha werewolf yang layak kamu baca.

QR codePindai kode QR dan buka halaman unduh aplikasi