
Odrzucona Królowa Północy: Krew pod koroną
- 👁 851
- ⭐ 7.5
- 💬 0
Deskripsyon
Eira Thorsen przemierzyła Południe, przetrwała jego prawa i zachowała swoją koronę. Jednak zwycięstwo ma to do siebie, że wyciąga na światło dzienne rzeczy, które nigdy nie miały ujrzeć cienia dnia. W miarę jak prawda o wilczych królowych się pogłębia, a dawna krew kryjąca się pod mocą Eiry zaczyna budzić się do życia, Północy nie zagrażają już tylko wrogowie u jej granic, ale to, co kryje się w jej własnym dziedzictwie. To, co było skrywane w milczeniu, rytuałach i krwi, wreszcie wychodzi na jaw. I tym razem może zażądać czegoś więcej niż lojalności — może zażądać spuścizny. Gdy starożytne siły zaciskają wokół niej pętlę, Eira musi stawić czoła najbardziej niebezpiecznej prawdzie: korona to nie tylko coś, co się nosi, ale też coś, co może cię pożreć. Z Ragnarem u boku i losem Północy spoczywającym w każdym jej wyborze, Eira zostaje zmuszona do ostatecznego rozliczenia z władzą, miłością i krwią, która od zawsze miała odmienić świat. Bo niektóre królowe dziedziczą królestwa, a inne dziedziczą to, co pod nimi pogrzebano. A nawet gdy to rozliczenie dobiegnie końca, nie każda historia na Północy dobiegnie końca — historia Einara rozpoczyna się w kolejnej powieści, Zagłada lodowego wilka, stanowiącej spin-off w świecie Odrzuconej Królowej Północy.
Rozdział: 1: Rozdział 1 – Sukienka wciąż pasuje
Na Północy panowała cisza już od jedenastu dni.
Eira odnotowała to tak, jak odnotowywała wszystko – bez przywiązania, bez ulgi. Zapisała to na marginesie księgi handlowej: jedenaście dni, żadnych incydentów. Następnie zamknęła księgę, położyła ją na stosie wraz z pozostałymi i spojrzała przez okno na dziedziniec, gdzie śnieg przestał padać jeszcze przed świtem.
Problem stanowiła cisza. Umiała odczytywać ciszę. Ta miała w sobie ciężar.
Ubrała się bez wzywania służby. Szara wełna. Buty, które wymagały wymiany podeszew. Korona na końcu – podniosła ją ze stojaka przy oknie i poczuła, jak jej chłód przenika przez palce, wznosi się wzdłuż nadgarstków i osiada gdzieś za mostkiem. Zawsze była zimna. Przestała oczekiwać czegoś innego. Założyła ją i sprawdziła swoje odbicie w ciemnym szkle, a to, co na nią spoglądało, było dokładnie tym, co zamierzała: królowa, która dobrze spała i nie miała nic do udowodnienia.
Zeszła na poranne posiedzenie rady.
Ragnar już tam był. Zawsze już tam był – ani razu nie zdarzyło się, by przybyła przed nim. Stał na czele stołu, czytając depeszę, a ona wyczuła, że zdaje sobie sprawę z jej wejścia, zanim jeszcze podniósł głowę. To była ta więź. Ciche brzęczenie świadomości, stałe jak bicie serca. Odłożyła to na bok: obecny, opanowany, nie zaniepokojony. Dobrze.
Podniósł wzrok. Nic nie powiedział. Zajęła swoje miejsce.
Einar stał przy oknie, z rękami splecionymi za plecami, obserwując dziedziniec. Odwrócił się, gdy weszła, i skinął krótko głową. Jego twarz była taka sama jak zawsze – opanowana, oszczędna w wyrazach, nic nie zdradzająca. Był doradcą jej męża jeszcze zanim przybyła na Północ, a przez trzy lata ani razu nie widziała, by był niepewny. Uważała to za przydatne. Przestała zastanawiać się, co kryje się pod tą powłoką.
– Jedenaście dni – powiedziała.
— Dwanaście, do jutra — Einar usiadł na krześle. — Z terytoriów południowych nadeszły doniesienia o dwóch drobnych sporach dotyczących praw do wypasu. Oba zostały rozwiązane na szczeblu lokalnym. Przełęcz zachodnia jest coraz bardziej przejezdna. Łańcuch dostaw do zewnętrznych posiadłości przebiega przed terminem.
Słuchała. Obserwowała twarz Ragnara, który również słuchał. Trzymał teraz depeszę płasko na stole, opierając na niej jedną rękę, a po jego bezruchu mogła wywnioskować, że depesza go niepokoi. Nie zapytała jeszcze. Zapyta później, albo on jej powie, albo sprawa wyjdzie na jaw sama z siebie. Tak to między nimi działało.
– Sukienka nadal pasuje – powiedziała, gdy Einar skończył.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią.
– Północ – położyła dłonie na stole. – To my to zbudowaliśmy. Trzyma się. Powinniśmy to odnotować.
Ragnar niemal się uśmiechnął. Einar spojrzał na swoje notatki.
Posłaniec przybył przed południem.
Eira była w dolnej sali i przeglądała harmonogram rotacji garnizonu, kiedy otworzyły się bramy. Usłyszała to, zanim to zobaczyła – zmianę w charakterze hałasu dochodzącego z dziedzińca, specyficzną tonację niepokoju, który nie przerodził się jeszcze w kryzys. Odłożyła harmonogram rotacji i podeszła do drzwi.
Kobieta siedziała na koniu, ale ledwo się utrzymywała. Pochylała się do przodu nad szyją zwierzęcia, jedną ręką wplątana w grzywę, drugą przyciśniętą płasko do własnych żeber. Zachodnie barwy – bladoniebieski i popielaty odcień mniej znaczącego rodu. Jej twarz, kiedy w końcu podniosła wzrok, miała kolor starego śniegu.
– Królowo – powiedziała. Jej głos był zniszczony. – Potrzebuję królowej.
Eira już przemierzała dziedziniec.
Wprowadzono ją do środka i położono na stole w małym pokoju przyjąć przylegającym do głównej sali – tym z kominkiem, z którego Eira korzystała, gdy nie chciała, by rozmowa nabrała oficjalnego charakteru. Eira zapamiętała to, co zobaczyła: siniaki na szczęce, starsze niż dzisiejsze. Ranę w boku, opatrzoną w terenie i to bardzo niechlujnie. Koń był dosiadany ponad granice rozsądnej wytrzymałości. Kobieta również.
– Wezwij uzdrowiciela – powiedziała Eira do strażnika przy drzwiach. – Natychmiast. Nie zapowiadaj jego przybycia.
Uklękła obok stołu. – Jestem tu. Znalazłaś mnie. Co chcesz mi powiedzieć?
Kobieta z widocznym wysiłkiem skupiła wzrok. Poruszyła ręką – Eira zdała sobie sprawę, że sięga po coś, po własny płaszcz, po wewnętrzną kieszeń. Eira sięgnęła do środka i wyjęła złożoną kartkę papieru, zapieczętowaną woskiem, który pękł gdzieś po drodze. Nie otworzyła jej. Jeszcze nie.
„Kto cię wysłał?”
– West. – Wdech. – Z Zachodu. Powiedziała… – Kobieta przerwała. Przełknęła ślinę. Wysiłek ten przebiegł przez całe jej ciało. – Powiedziała, że będziesz wiedziała, co to znaczy. Powiedziała, żeby przekazać królowej, że jej matka się nie ukrywała. Spłonęła.
W pokoju zapanowała głęboka cisza.
Eira zapamiętała to. Schowała tę informację głęboko w pamięci i utrzymała wyraz twarzy dokładnie taki sam. „Jak się nazywasz?”
Ale wzrok kobiety już błądził w dal. Jej klatka piersiowa wciąż się poruszała — Eira to widziała, czuła dzięki jakiejś dziwnej, nowej świadomości słabą nić pulsu kobiety, tu, tam i tam. Obecna. Rozpadająca się.
Przyszedł uzdrowiciel. Eira wstała, odsunęła się na bok i pozwoliła mu pracować, a sama stanęła przy oknie, patrząc na dziedziniec poniżej, gdzie dwa wilki kierowały się w stronę zbrojowni, a niebo miało kolor żelaza i wszystko było dokładnie takie samo, jak godzinę temu.
Trzymała zapieczętowany list w obu dłoniach. Nie otworzyła go.
Będzie musiała powiedzieć Ragnarowi. Będzie musiała mu coś powiedzieć. Zaczęła ostrożnie układać w głowie, co to będzie – ile, w jakiej kolejności, które fakty są kluczowe, a które mogą poczekać. Była w tym dobra. Zawsze była w tym dobra. Korona była zimna na jej czole i była tego świadoma tak samo, jak była świadoma własnego bicia serca: zawsze, pod wszystkim, fakt.
Jej matka się nie ukrywała.
Spaliła się.
Eira to również zapamiętała. Zablokowała tę informację wraz z resztą i odwróciła się od okna, gdy uzdrowicielka spojrzała na nią z tym szczególnym wyrazem twarzy, jaki przybierają uzdrowiciele, gdy zrobili już wszystko, a to nie wystarczyło.
– Utrzymaj ją w stabilnym stanie – powiedziała Eira. – Cokolwiek by to nie kosztowało.
Skinął głową, ale jego oczy mówiły: spróbuję.
Wyszła z pokoju, zanim jej twarz zdążyła cokolwiek wyrazić.
Rozdział: 2: Rozdział 2 – Zanim ciało ostygnie
Posłaniec zmarł, zanim uzdrowiciel zakończył drugie badanie.
Eira wciąż była w pokoju. Nie wyszła. Przez większą część godziny stała przy oknie, obserwując dziedziniec i nasłuchując pracy uzdrowiciela, a kiedy atmosfera ciszy za jej plecami uległa zmianie, odwróciła się, a on już się prostował, opierając dłonie płasko o uda w ten charakterystyczny sposób, który oznaczał, że praca została zakończona, a wynik był niekorzystny.
– Przykro mi – powiedział.
– Proszę nas zostawić.
Zawahał się. Spojrzała na niego. Wyszedł.
Pokój był mały i ciepły, a ogień wygasł, pozostawiając tylko węgielki. Eira stała przez chwilę, patrząc na kobietę leżącą na stole — zachodnie barwy, źle opatrzona rana, dłoń, która w końcu się rozluźniła i leżała otwarta na drewnie, jakby coś ofiarowała. Była młoda. Młodsza, niż Eira początkowo sądziła. Zanotowała to w pamięci: młoda, z zachodniej części kraju, nieletnia, mocno wyczerpana. Wysłana przez kogoś, kto zdawał sobie sprawę z ryzyk









